Od paranoi do turystyki

Każdy dzień przynosi informacje o nowych zakażeniach COVID-19, odwołanych imprezach, zamkniętych szkołach i kinach, w końcu – restrykcjach w podróżowaniu. Już dziś można zauważyć pierwsze efekty paranoi, na którą zachorował świat. Wydaje mi się, że jest ona groźniejsza niż sam wirus.

Zacznę od ogólnych obserwacji, ale tylko po to, żeby przełożyć je na kwestie związane z podróżowaniem i turystyką. W końcu ten blog jest temu poświęcony. Koronawirus to jak każdy wie obecnie dominujący temat wszędzie: w mediach społecznościowych, telewizji, rozmów. Co chwila jak bombardują nas informacje o nowych zakażeniach – wypowiadają się o nich wszyscy, szczególnie politycy i dziennikarze. WHO ogłosiło obecny stan pandemią. Panika sięgnęła zenitu, a zdroworozsądkowe opinie są zagłuszane przez nieprawdziwe newsy i plotki. Mleko się rozlało; nie da się tego cofnąć. Osobiście jestem zwolennikiem niepopularnej opinii, że im więcej osób zachoruje na koronawirusa, tym szybciej staniemy się na niego odporni. Oczywiście nie oznacza to, żeby podchodzić lekceważąco do problemu: jeżeli ktoś jest chory (bez względu na to jaki by to nie był wirus), nie powinien narażać innych osób na zakażenie, szczególnie starszych i osłabionej odporności.

Dziury w serze

Pozostaje pytania, jak skuteczne pozostają takie kroki, jak zamykanie kin i szkół, skoro, jak napisała 11 marca na Instagramie Martyna Wojciechowska, na lotnisku w Warszawie nikt nie sprawdza przyjeżdżającym temperatury, a mimo wprowadzenia kontroli sanitarnych na granicach lądowych, nie są one przestrzegane (wczoraj ktoś opowiadał mi, że przyjechał właśnie z Czech i nikt niczego nie sprawdzał). Jeżeli wiemy, że wirus może dać objawy nawet po kilku tygodniach, to te półśrodki niestety namnażanie wirusa powstrzymają tylko w jakimś procencie. Jakkolwiek radykalnie to brzmi, trzeba przyjąć, że część zakażeń będzie prowadziła do zgonów – po co udawać, że będzie inaczej?

70% osób przechodzi zakażenie bezobjawowo. 12 marca br. pojawiła się informacja, że mąż jednej z kobiet, u której wykryto wirusa, przeszedł chorobę bezobjawowo i nie wiedział nawet, że jest chory. Takich osób są więc tysiące! Przypomnę jeszcze tylko, że nie wiadomo, ile osób choruje lub chorowało na koronawirusa, więc nie można nawet oszacować stopnia umieralności.

Oczywiście do tego dochodzi kwestia tego, że nie jest to najbardziej śmiertelny wirus, z którym świat ma do czynienia – zwykła grypa zbiera większe żniwo. Wirus jest groźny, brak higieny jest groźny, ale paranoja jest groźniejsza. Paranoja dopiero się zaczyna i od kilku dni jesteśmy świadkami coraz nowszych obostrzeń. Najbardziej radykalne środki to choćby całkowity zakaz podróżowania do Izraela i teraz także do USA. Niektóre kraje dały kilka dni na powrót do kraju swoim obywatelom i ograniczyły wjazd osobom, które przebywały w najbardziej krytycznych miejscach.

Skoro wirus mi nie straszny, to dlaczego nie chcę teraz podróżować?

Ze względu na konsekwencje wielu paranoicznych decyzji. Ostatnio kwarantannę wprowadziły hotele na Wyspach Kanaryjskich i na Cyprze, gdzie utknęło kilkunastu Polaków. Strach gdzieś się wybrać, bo może się okazać, że nie będę w stanie wyjechać z jakiegoś kraju, albo – co wydaje się już teraz całkiem prawdopodobne – że Polska może też zdecydować się na zamknięcie granic. Nie wykluczam, że pojawi się zjawisko ostracyzmu osób, które podróżują, bo będą podejrzewane o „przywleczenie wirusa”.

Co więcej, dostęp do wielu rzeczy i usług na świecie może być ograniczony lub całkowicie odcięty – i sytuacja ta zmienia się z dnia na dzień.

Warto rozważyć te kwestie w przypadku swoich podróży i na własną odpowiedzialność ocenić ryzyko.

Konsewkencje

Konsekwencję paranoi i błędów w zarządzaniu informacjami ponoszą lub  poniosą wszyscy. Branża turystyczna poczuła je bardzo szybko, ale to dopiero początek: odwołane rezerwację, puste samoloty, brak zajęcia dla przewodników i pilotów to pierwsze z wierzchołek góry lodowej.  A trzeba pamiętać, że w Polsce turystyka generuje tylko 6% wpływów do budżetu, a w we Włoszech nieporównywalnie bardziej dotkniętych aktualnym stanem – aż 15%.

A co dalej?

Ciężko stwierdzić, bo nikt nie wie, ile potrwa pandemia. Na pewno ludzie znowu w którymś momencie (za miesiąc, trzy, albo sześć miesięcy?) będą chcieli podróżować, ale być może zmienią się miejsca, do których będą chcieli jeździć turyści, a co tam tym idzie oferta wyjazdów. Może pojawi się strach przed wsiadaniem do samolotów, gdzie klimatyzacją jest drogą przenoszącą choroby? Linie ograniczą liczbę lotów, dojdzie do kolejnych bankructw, a ceny wzrosną?

Na dziś można jedynie projektować, że

  • dobrze mieć się turystyka krajowa;
  • można będzie spodziewać się obniżek cen wycieczek i lotów, bo branża będzie chciała choć częściowo odrobić straty, jednak w dłuższej prospektywnie ceny będą wyższe (chyba że przyjdzie duży kryzys gospodarczy);
  • na popularności zyskają “bezpieczne” kierunki, czyli te, gdzie nie zarejestrowano dużo przypadków wykrycia wirusa;
  • zahamowanie wzrostu z sektorze rejsowców (podróży statkami);
  • wzrost zainteresowanie turystyką eko i niemasową.

 

P.S. Nie wszyscy jednak przestraszyli się COVID-19. New York Post opublikował 11 marca artykuł o dwudniestokilkulatkach z USA, którzy korzystają z obniżonych cen lotów, żeby podróżować, gdzie do tej pory nie wybierali się ze względów finansowych.

(Wiele lotów nie zostanie odwołanych, bo linie lotnicze boją się stracić sloty na ważnych lotniskach, więc będą przewozić nawet powietrze).