W Serbii podejrzliwie patrzą na tych, którzy chcą pojechać do Kosowa. Może nawet ze złością: „Przecież tam absolutnie nic nie ma do oglądania!”. Serbowie nie rozumieją zainteresowania regionem, który sami uznają za część swojego kraju, a który pół świata (w tym Polska) – za niepodległy kraj. Ale skoro można tak jechać, czemu by nie skorzystać z okazji: chciałem sprawdzić, czy tylko politycznie ten region wydaje się być interesujący, czy może jest tam też coś godnego uwagi z punktu widzenia turysty.

Kosowo oddzieliło się od Serbii w 2008 roku. Niepodległość poprzedziła drastyczna wojna w latach 1996 – 1999 roku. Obie z walczących stron dopuściły się zbrodni na ludzkości. Nie ma tu wygranych, ani przegranych. Najważniejsza informacja dla turystów jest jednak taka, że mimo przebywania poniekąd w „szarej strefie” Europy, nie powinno ich tutaj spotkać nic nieprzyjemnego. Nawet waluta jest jakby znajoma (euro). Trzeba przy tym pamiętać, że wiele rzeczy póki co działu tu prowizorycznie i w porównaniu z innymi krajami Bałkanów nieco chaotyczne.

Opisując Kosowo pod kątem podróżowania ciężko uciec od tematów nie do końca rozstrzygniętego statusu regionu i konfliktu większości albańskiej z Serbami. W tym tekście te tematy przewijają się we wszystkich poniższych opisach miast: Mitrowicy, Prisztiny i Prizrenu.


Mitrowica Kosowska

Z Belgradu dojechałem do Mitrowicy Kosowskiej – miasta, które dzieli rzeka Ibra. I krwawa, nie tak odległa, przeszłość. Zapytawszy po serbskiej stronie, jak dojechać do Prisztiny, usłyszałem, że wieczorem już tam żaden autobus nie kursuje. W końcu, zgodnie z rozsądkiem postanowiłem poszukać stacji autobusowej po stronie albańskiej. Ale gdzie ta stacja dokładnie jest? Serbowie nie wiedzą, bo na „tamtą” stronę się nie zapuszczają. Nic dziwnego: ledwo dekadę temu w Mitrowicy miały miejsce brutalne zamieszki, podpalanie cerkwi i wypędzania Serbów, a mniejsze lub większe indycenty zdarzają się do dziś, choć media się tym zbytnio nie interesują.

Dzielący oba brzegi Most Pokoju jest prewencyjnie strzeżony przez żołnierzy z KFOR (NATO). Nazwa zobowiązuje – akurat w dniu mojego przejazdu nic się nie dzieje: do tego stopnia, że most pozostaje pusty: żaden pieszy nie przechodzi na drugi brzeg, ale też nikt nie pyta o paszport. Jestem więc w Kosowie legalnie czy nie? I czy w ogóle kogoś tutaj to obchodzi? To daje do myślenia. Przejście na stronę albańską to drastyczna zmiana krajobrazu: chaos architektoniczny, sklepy z kiczowatymi towarami z cenami w euro wylewające się na nieuporządkowane ulice i „chudziutkie” tureckie minarety. Na pewno wrażenie robi ogromny meczet zaraz po przekroczeniu mostu. W końcu znalazłem stację i autobus do Prisztiny – bardzo młodej stolicy Kosowa. Młodej, bo jest stolicą Kosowa od 2008 roku, bo przyrost naturalny jest tu najwyższy w całej Europie. I w końcu – mimo, że założone setki lat temu, dopiero dzisiaj dzięki pieniądzom pompowanym ze świata, miasto po raz pierwszy w historii zaczyna się rozwijać (wcześniej było mało znaczącym osmańskim ośrodkiem sądowniczym, a potem przez długie lata pogrążone było w zapaści gospodarczej). Od kilku lat trwa rozwój lokalnego lotniska – ostatnio tanie połączenia z Budapesztu uruchomił Wizzair. Tymczasem autobus toczył się przez dopiero co wybudowane drogi, a w przerwach pomiędzy nimi błotniste usypane byle jak klepowiska. Na horyzoncie – puste pola pooddzielane wysokimi blokami.

 


Prisztina

Pierwsza rzecz, na jaką zwróciłem uwagę w Prisztinie, to pomnik Billa Clintona ustawiony przy bulwarze patrona. Podziękowanie Kosowian byłemu prezydentowi USA, którego uważają za ojca niepodległości. Jeśli tak jak mnie zdarzy Wam się być w Prisztinie w okolicach amerykańskiego Święta Niepodległości, zauważycie, że pomnik ozdobiony będzie amerykańskimi flagami i… balonami.  W pobliżu, na szczycie hotelu Victory, stoi zaś… kopia Statui Wolności. Bardzo kochają tu Amerykanów, choć częściej niż po angielsku, Kosowianie mówią po niemiecku – ogromne bezrobocie powoduje, że sporo mężczyzn choć raz było „na saksach” w RFN.

Matka Teresa z Kalkuty to chyba jedyna postać, którą uwielbiają w całym regionie zamieszkiwanym przez Albańczyków. W Prisztinie jej imię nosi główny deptak – chyba najprzyjemniejszy fragment miasta. Pełny restauracji, kawiarni, hoteli i instytucji międzynarodowych nie różni się niczym od podobnych miejsc w całej Europie. Od razu zwraca na siebie uwagę ten moloch: Grand Hotel Pristina, dawniej należący do rządu Jugosławii to najbardziej znany hotel miasta, w którym kiedyś nocowali dyplomaci i biznesmeni.

 

Nie wiem, gdzie spał Thoma Vuille podczas swojego pobytu w stolicy Kosowa, ale okazuje się, że musiał chwilę tu zabawić. Jego Monsieur Chat – żółtawy kot o szerokim uśmiechu z anielskimi skrzydłami widnieje aż na trzech muralach z kotem. Podobne na Bałkanach można zobaczyć jeszcze w Sarajewie i Belgradzie (a najwięcej w całej Europie – bo aż ponad 60 – w Paryżu).

 

 

To, że w Prisztinie duch odrodzenia jest powszechny świadczy także znak „NEWBORN”.  „Newborn”, czyli „nowonarodzony”, to nawiązanie do utworzenia państwa kosowskiego w 2008 roku – wtedy też symbol pojawił się w mieście. Akurat malowanie znaku na moim zdjęciu nie jest najatrakcyjniejsze, ale sądząc po zdjęciach w sieci, jest ono regularnie zmieniane (rzekomo w każdą rocznicę uzyskania niepodległości). W momencie odsłonięcia napis był żółty, a potem namalowano na nim flagi państw, które uznały powstanie nowego państwa.

 

 

Ale moim pierwszym skojarzeniem z Prisztiną jest ten szalony budynek Biblioteki Narodowej. Białe kopuły nawiązują do tradycyjnego albańskiego nakrycia głowy, ale dlaczego całość opakowana jest stalową siatką – nie mam zielonego pojęcia. Budynek przypomina nieco statek kosmiczny, a nieco więzienie. To punkt kulminacyjny wizyty w Kosowie… Naprawdę? Serio – atrakcje z prawdziwego zdarzenia muszą tutaj dopiero powstać! A jak powstaną, jaki będą mieć charakter – czy na przykład tak jak w Skopje na ulicach pojawią się gargantuiczne pomniki bohaterów narodowych, a może jak w stolicach Azji Centralnej – kolosalne, nowoczesne budynki bez żadnego charakteru?

 

 

Ostatni rzut oka na Prisztinę, a dokładniej na niedokończoną cerkiew pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela. Jej budowa rozpoczęła się w 1995 roku, na chwilę przed wybuchem wojny w Kosowie. Postawiona przez Serbów i nigdy niedokończona dziś kłuje Albańczyków w oczy, którzy opowiadają się za jej rozbiórką.  W sumie niezłe preludium do zwiedzania miejscowości Prizren – gdzie konflikt albańsko-serbski jest widoczny jeszcze wyraźniej. Do miasta – kulturalnej stolicy Kosowa – w niedzielny poranek dojechałem busikiem z dworca w Prisztinie (czas podróży ok. 1,5 h).

 


Prizren

 

Prizren to bezsprzecznie najpiękniejsze miasto Kosowa. Prisztinamoże się podobać, a przypadkowość stawianych tam budynków, pomników i symboli może przyprawić o ból zębów. Tymczasem tutaj jest inaczej: miasto, którego historia jest tak długa jak dzieje Polski, ma nie tylko niesamowite położenie, ale na dodatek wieki wpływów różnych nacji wpłynęły na jego wygląd. Jest to też najbardziej turystyczne miasto Kosowa – wśród wielbicieli filmów znane jest z odbywającego się latem festiwalu DokuFest.  Większość czasu spędzonego w Prizren pochłonie przebywaniu w dwu miejscach.

Pierwsze to Szaderwan – najżywsza część miasta z lokalami gastronomicznymi z ogródkami z widokiem na kamienny most łączący dwa brzegi Bystrzycy (to jednakże replika oryginalnej przeprawy, która zniknęła w wyniku powodzi w 1979 r.). Tutaj stoi dominujący nad całym miastem XVII-wieczny Meczet Sinana Paszy ze stalową kopułą. Oprócz innych mniejszych meczetów i cerkwi, można wypatrzeć dawny turecki hamman z połowy XVI wieku – dzisiaj to lokalne centrum kulturalne.

 

 

Drugie miejsce to Kaljaja, czyli średniowieczna forteca – stolica istniejącego 500 lat temu Cesastwa Serbskiego, którą szczególnie upodobali sobie osmańscy władcy. Jak to w przypadku tego typu miejsach, kondycja jak najbardziej wskazana – wspinaczka na sam szczyt wzgórza może zająć nawet z godzinę. Wraz ze mną wspinał się chyba cały batalion NATO!

 

 

Po drodze mija się Cerkiew św. Zbawiciela z 1330 roku – to dobry czas na zrobienie sobie przerwy. Niestety kościół jest obecnie zamknięty dla zwiedzających, ale co nieco można podejrzeć przez kraty. Dlaczego zamknięty? Wszystko ma związek  z pogromem przeciwko Serbom w 2004 roku – wiele cerkwi w Prizrenie zostało podpalonych lub zbezczeszczonych przez Albańczyków. Te, które przetrwały, zostały zamknięte.

Jednym z nich jest Cerkiew Bogurodzicy Ljeviškiej również z początku XIV wieku (który znajduje się za skraju starego miasta). W czasie rządów ottomanów, cerkiew przebudowano na meczet, a sto lat temu przywrócono jej pierwotną funkcję – dziś, dzięki staraniom Serbów – budynek został uznany przez UNESCO o obiekt o wyjątkowym znaczeniu dla kultury światowej.  Razem z innymi monasterami w regionie tworzą wpis średniowieczne zabytki Kosowa i jako całość znalazły się na liście zabytków światowego dziedzictwa w niebezpieczeństwie. Cerkiew otoczona jest drutem kolczastym i wejście na jej teren jest zabronione. Sam budynek jest chyba najpiękniejszym w całym Prizrenie, a brak możliwości wejścia tworzy wokół niego szczególną aurę tajemnicy.

 

Prizren to zdecydowanie najatrakcyjniejszy etap wycieczki po Kosowie. To tym samym ostatnie miejsce, które zwiedziłem w regionie. Stąd zaledwie w połowie wypełnionym autobusem pojechałem w dalsze zwiedzanie Bałkanów – kolejnym przystankiem była macedońska stolica – Skopje.


 

 

PROŚBA O KOMENTARZ!

Podobał Ci się ten artykuł? Chcesz go uzupełnić o swoją wiedzę? Chcesz o coś zapytać? Pamiętaj o dodaniu komentarza poniżej! DZIĘKUJĘ!