„Będziemy gospodarzem Igrzysk Śródziemnomorskich w 2021 roku” – dumnie obwieszcza mi Brahim, rodowity mieszkaniec Oranu. To pierwsze od lat tak wielkie wydarzenie kulturalne w mieście, które nazywane jest przez wielu mieszkańców Paryżem Algierii.

Skąd wziął się ten tytuł? Dwudziestoparoletni architekt recytuje, że Oran to jedyne miasto w Algierii, w którym ulicach słychać muzykę, że to tu panuje największe liberalizm poglądowy, a młodzi uważają je za najlepsze w kraju miejsce do życia. Legendarne jest też życie nocne miasta: to, co dzieje się w klubach na obrzeżach Oranu rodzi plotki, którymi żyją nawet Algierczycy mieszkający nad Sekwaną…

Oran opisywany jest też zupełnie inaczej – wręcz poetycko: porównywany jest do starzejącej się kobiety.

Nie wszyscy pałają taką miłością do swojego miasta jak Brahim. W końcu to Oran Albert Camus opisywał jako „miejsce końca cywilizacji” w swojej powieści „Dżuma”. Orańczycy także nie wielbią talentu pisarza, którzy spędził tu większość część swojego życia. Obojętnie myśli się tu także o urodzonym w Oranie celebrycie – światowej sławy projektancie mody Yves Saint- Laurent.
W Oranie zresztą w wielu miejscach przeszłość próbuje być trochę na siłę zapomniana – choćby na dawnych kościołach pozamalowywano ich nazwy, co znacznie utrudnia ich identyfikację. Ale to nie jest szczególnie zaskakujące – większość obiektów historycznych i tak jest zamknięta na cztery spusty, a o ich historii można dowiedzieć się jedynie od starszych mieszkańców. Władze w Algierii zaczynają sobie dopiero uświadamiać, jak ważnym źródłem dochodów może być turystyka, jest więc nadzieja, że świadomość dziedzictwa kulturowego będzie rosła.

W świetle tego zaskoczyło mnie, jak dobrym stanie zastałem Katedrę św. Serca (Catherdale du Sacre-Coeur). Ten niezwykły budynek postawiony został przez Francuzów w 1913 roku. Po uzyskaniu niepodległości przez Algierię w 1962 roku, katedrę zamieniono w bibliotekę uniwersytecką. Dziś więcej tu wylegujących się w słońcu bezdomnych i kopiących piłkę dzieciaków niż samych studentów. Budynek przyciąga jednak wzrok z daleka dzięki pozłacanym detalom: bizantyjskim postaciom świętych.

 

O ile tu nie uda się wejść do środka, turyści nie powinni przegapić barokowych wnętrz Teatru Narodowego. Idealny moment to na przykład… weekendowe poranki, kiedy w teatrze wyświetlane są… kreskówki dla dzieci. Robienie zdjęć w środku jest wprawdzie zabronione, ale po obiekcie oprowadza nieco zaskoczona zainteresowaniem obsługa teatru. Pociągnięta trochę za język może opowiedzieć historię tego oddanego do użytku w 1905 roku obiektu.

Teatr mieści się przy placu 1 listopada 1954 roku, dawniej zwanym Place d’Armers. Tuż obok przebiega nowoczesna linia tramwajowa, a jakieś 300 m dalej mieści się najbardziej luksusowy hotel w mieście – l’Hôtel de Ville.

Przy placu nie można przegapić innego niezwykłego budynku – odnawianego właśnie ratusza miejskiego. Jeśli spod rusztowań nie widać dokładnie jego fasady, na pewno warto zwrócić uwagę na posągi prężących się tu „władców pustyni”, które są symbolem miasta.

Oryginalna arabska nazwy miasta brzmi Wahran, która oznacza po prostu „lwy”. Legenda głosi, że grasowały one w okolicach miasta jakieś 900 lat p.n.e. i stąd zaczęto utożsamiać je z miastem.

Sam Oran został założony przez arabskich kupców z Andaluzji w X wieku. W XVI wieku został podbity przez Hiszpanię, z którą wcześniej prowadzono ożywioną wymianę handlową. Na krótko gościli tu także Ottomanowie. To oni zezwolili na masowe osiedlanie się w Oranie żydów, choć spora liczba wyznawców judaizmu przybyła do miasta jeszcze w 1492 roku w ucieczce przed hiszpańską inkwizycją. Żydzi stanowili większość mieszkańców miasta na długo przed tym jak Francuzi wkroczyli do miasta w 1831 roku: spis ludności dowodzi, że do wyznawania judaizmu przyznawało się 2 800 mieszkańców, podczas gdy chrześcijaństwa i islamu łącznie 1 000 mieszkańców. Do dziś jedyną pozostałością po żydach jest masywny budynek dawnej synagogi nazwanej oryginalnie Świątynią Izraelitów. Jej budowa rozpoczęła się w 1880 roku, a do użytku oddano ją po 38 latach prac. Był to obiekt nie byle jakiego kalibru – swego czasu stanowiła największą judaistyczną budowlę sakralna w Afryce Północnej. Od 1975 roku budynek w teorii pełni funkcje meczetu, jednak obecnie wygląda na nieużytkowany.

O ile większość imigrantów przybywała niegdyś do Oranu drogą morską, dziś podróż do miasta rozpocznie lub zakończy się z głównego dworca miasta – wybudowanego przez Francuzów Gare D’Oran. Dworzec warto zobaczyć z co najmniej trzech perspektyw: od frontu (skąd białe fasady budynku wyglądają niczym oaza na pustyni), zachodu (gdzie wielki plac służy za miejsce spotkań) oraz od wewnątrz (ze względu na niesamowite zdobienia holi kasowych). Największe niespodzianki czekały jednak gdzie indziej.

Konia z rzędem temu, kto trafi do niezwykłych posiadłości Palais du Bey. Nagroda dla cierpliwych przychodzi w postaci widoku pałacu dawnych władców ottomańskich z XIV wieku. Hiszpańscy kolonizatorzy w XVIII wieku przekształcili pałac w fortecę. Oczywiście swoje pięć groszy dorzucili też Francuzi – stąd eklektyka stylów architektonicznych. Dziś miejsca pilnuje nieco leniwa ochrona, która za niewielką opłatą oprowadza po terenie. Można wejść zarówno do dawnych pomieszczeń mieszkalnych, zobaczyć dziedziniec z fontannami, jak i udać się do… dawnych hiszpańskich stajni i francuskich cel więziennych. Jedno z pomieszczeń pałacu zostało przekształcone w mini-galerię, gdzie wystawione są zdjęcia prezentujące historyczne fotografie obiektu. Pod ziemią znajduje się z kolei labirynt korytarzy, który pozwalał na szybką ucieczkę z fortecy. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden obiekt w okolicy: odcinający się od wszystkiego innego wokół szkieletor – to nieskończony nigdy budynek hotelu Châteauneuf. Jego budowa została wstrzymana w latach 90. Władze – ni stąd, ni zowąd – stwierdziły, że nie wpisuje się w historyczny charakter dzielnicy…

To, co widoczne jest idealnie z okien Pałacu to Sidi El Houari – dawna hiszpańska dzielnica mieszkalna, a dziś casbah. Ale jaki cudeńkami wypełniona! Mieści się tu choćby wybudowany przez Ottomanów pod koniec XVIII wieku Meczet Pacha. Rzekomo upamiętnia wyparcie z Oranu Hiszpanów, którzy tak naprawdę wycofali się z miasta w wyniku katastrofalnego w skutkach trzęsienia ziemi. Meczet wydaje się on być – w porównaniu do zajmującego ponad 5 hektarów Pałacu Bey’a – wręcz mikroskopijny. Można by go w sumie nie zauważyć, bo wkomponowany jest w ciąg budynków mieszkalnych, gdyby nie sąsiadujący minaret – jeden z najbardziej charakterystycznych tego typu obiektów w Oranie. Zastanawiające, jak to jest mieszkać obok budynku, z którego pięć razy dziennie rozbrzmiewa nawoływanie do modlitwy?
Sam meczet został drastycznie sponiewierany podczas inwazji francuskiej w 1833 roku, jednak nie kto inny jak Napoleon Bonaparte rzucił frankami na odnowę budowli. Po renowacji oddał ją z powrotem w ręce muzułmanów. Dziś meczet czeka na nowego krezusa, który przywróci mu dawny blask.

Nie tylko islam ukształtował współczesny Oran, ale także nadmorskie położenie. Front de Mer to promenada wzdłuż wybrzeża położona równolegle względem głównych ulic centrum. Powszechnie uważa się ją za dość niebezpiecznie miejsce i mieszkańcy odradzają spacerów tamtędy. Negatywne wrażenie potęguje unoszący się nad portem smog i grupki młodych znudzonych chłopaków, jednak widok przybijających do brzegów Oranu kontenerowców jest na tyle ciekawy, że nie można odmówić sobie wycieczki w te okolice. Zwłaszcza, że sprzedawcy częstują tu obcych miętową herbatą i prażonymi migdałami. Z przejeżdżających tuż obok samochodów rozbrzmiewa raï – tak, wreszcie wiem o czym mówił Brahim. Ten gatunek muzyczny narodził się właśnie w Oranie. Jeśli sama nazwa nikomu nie mówi zbyt wiele, warto przypomnieć sobie choćby piosenka Khaleda pt. „Aisha” (w Polsce swojego czasu popularna była polska wersja piosenki w wykonaniu zespołu Magma).

W Oranie spędziłem trzy noce. Ze znalezieniem hotelu nie było najmniejszego problemu – pełno ich w samym centrum miasta. Również internet działał bez zarzutu. Poruszanie się po mieście okazało się dość intuicyjne: z centrum do każdego interesującego miejsca można było dojść w maksymalnie 15-20 minut. Jednak najbardziej pomocni okazali się sami mieszkańcy miasta, którzy wskazali i pomogli mi poznać najciekawsze atrakcje i ich historie. Gdyby nie fakt, że w Algierii czekały na mnie kolejne miejsca do odkrycia – bez zastanowienia zostałbym tam na dłużej.