Dlaczego dokument Discovery o PLL Lot to niewypał

4 Komentarze

LOT zamarzył sobie zaprezentować się niczym Emirates z Dubaju. Wszedł więc z ko-operację z kanałem telewizyjnym Discovery Channel, żeby stworzyć dokument przedstawiający kulisy codziennej pracy przewoźnika. W pierwszym odcinku widzowie „Operacji LOT” mogą obserwować przygotowania do inauguracyjnego lotu do Tokio. Jak wypadł polski dokument?

 

Scenariusz programu jest przeładowany – w jednym odcinku oglądamy przygotowanie techniczne samolotu, rekrutację stewardów oraz przygotowanie obsługi do inauguracyjnego lotu do Tokio.  Szwankuje przede wszystkim dramaturgia: jakoś ciężko uwierzyć, że na kilkanaście godzin przed odlotem nie ma brakującej części (oczywiście dramat potęguje bojowa muzyka w tle), a nawet jeśli to prawda, to w ostatecznym rozrachunku wszystko dobrze się kończy: w ostatniej chwili profesjonalni mechanicy ratują tę kryzysową sytuację (nie schodząc przy tym na zawał serca…). Po co wprowadzać takie sztuczki, skoro wiadomo, że lot i tak się odbędzie?

Formalnych nieporozumień jest więcej. Pokazanie świata stewardów przez pryzmat nowicjuszki (Sonii) okazał się równie nietrafiony. Pal licho, że jest ona zupełnie niecharyzmatyczna – nawet po nałożeniu rażącego koloru szminki. Przede wszystkim twórcy nie są konsekwentni w swojej narracji, gdyż po drodze w większej mierze koncentrują się na zupełnie innych osobach obsługi, a biedną Sonię – zamiast skupić się na jej ewentualnych problemach i rozterkach – pozostawiono na pastwę losu, tak jakby zupełnie już nie pasowała do kolejnych scen. Tymczasem w teorii takie rozwiązanie mogło się to sprawdzić – pokazanie nieznanego świata oczami debiutanta to powszechne rozwiązanie stosowane w produkcjach filmowych. Z drugiej strony, wybór młodej stewardesy do takiej kluczowej roli trochę kłóci się z polityką LOT-u: na długich dystansach, loty obsługiwane są zwykle przez znacznie dojrzalszą obsługę, która ma zaświadczyć o doświadczeniu i zapewnić większe bezpieczeństwo. Jak więc coś z tego zrozumieć?

To nie wszystko. Do całości dolepiony jest jeszcze proces rekrutacji stewardów – choć nie ma on żadnego bezpośredniego związku z lotem do Tokio. Zresztą zaprezentowany jest w strasznie nudny sposób: na przykład – przez kilka minut pokazywane jest nudne szkolenie na basenie i nieciekawe komentarze rekrutów i szkoleniowców? Najbardziej urzekł mnie młody rekrut, który podczas ćwiczeń w atrapie samolotu co chwila wybucha śmiechem oglądając to, co dzieje się na pokładzie – celny komentarz.

 

Jedną z najbardziej drażniących cech dokumentu „Operacja Lot” jest nietypowa „polska” wymowa przez lektora nazw zawodów „steward” i „stewardesa”. Wywołała ona falę prześmiewczego hejtu w internecie. Czy słusznie? Wydaje mi się, że tak – nawet słownik PWN podaje za poprawną wymowę tę z angielska. Koślawa „polska” forma wywodzi się z czasów, kiedy stewardesy pracowały tylko na pokładach LOT-u (innych polskich linii kilkanaście lat temu nie było). Polacy dziś masowo podróżują, w kraju funkcjonuje multum przewoźników z polską kadrą, w tym tych budżetowych, na których bilety stać większość średniozamożnych Polaków. Podczas podróży zdołaliśmy się osłuchać i bez żadnego wysiłku zaakceptować wymowę „stjuward” i „stjuwardesa”. Nic więc dziwnego, że anachroniczna forma stosowana w dokumencie boli niczym serwowane psu ultradźwięki.  Język nie jest martwy, więc dostosowuje się do zachodzących w świecie zmian, a nie na odwrót. Jeśli twórcy pragnęli podkreślić tradycję LOT-u, to udało im się to – ale w zupełnie niewłaściwy sposób. Gdyby to słowo padało tylko raz w czasie programu, nie byłoby problemu – słuchajanie tej dziwnej wymowy dosłownie co minutę wywołuje reakcję śmiechu i zażenowania.

 

Wydaje mi się, że tak naprawdę dokument ten skierowany jest do klientów z innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dlaczego? Lotnisko Chopina stara się pozycjonować jako liczący się hub dla pasażerów np. z Ukrainy, Słowacji i Białorusi. Taki wizytówkowy film może robić w sumie robić wrażenie na osobach, którym nazwa LOT nic konkretnego nie mówi. Jeśli taki był zamysł, można gratulować sukcesu. Polscy widzowie – z założenia – będą bardziej krytyczni.

 

Mimo wszystko daję dokumentowi jeszcze jedną szansę – także ze względu na zdjęcia: w końcu film kręcił nie byle kto, tylko Discovery Channel. Druga część będzie podejmować tematykę kryzysów i sytuacji awaryjnych. Jeśli i tutaj wszystko będzie cukierkowo (i nudno), zacznę faktycznie wierzyć, że LOT to cudotwórca lub co najmniej rewelacyjny przewoźnik lotniczy.

4 komentarze

  1. kex301

    Serial jest właśnie emitowany w iTVN i jako Polak mieszkający zagranicą zupełnie się nie zgadzam. Serce pęka z dumy oglądając taki dokument. A skoro już jesteśmy przy temacie tego, że język nie jest martwy i „dostosowuje się do zachodzących w świecie zmian” — mam nadzieję, że Autorowi nie przyjdzie do głowy użycie słowa „stewardess” na pokładzie jakichkolwiek zachodnich linii. Jest to słowo obecnie uważane za mizoginiczne i obraźliwe. Na pokładzie pracują „flight attendants” — czy może tak powinien lektor polskiego serialu nazywać te panie? Nie, po polsku są to „stewardesy”, wymawiane tak, jak się pisze.

    Odpowiedz
    • Dawid Mikoś

      Dziękuję za wyrażenie opinii

      Odpowiedz
  2. Tomasz

    Oglądałem całość i nie zgadzam się z tym artykułem. Facet chyba zakochany jest we wszystkim co nie polskie i stara się być światowcem. Artykuł, przeciwnie do programu Operacja Lot, jest słabiutki.

    Odpowiedz
  3. Kamil

    Oglądałem, mam zupełnie przeciwne zdanie. Dokument jest świetny, ogląda się dobrze.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.