Zaledwie 70km od Maroka na zachodnie Algierii leży Tlemcen. Przez miasto prowadziły niegdyś szlaki umożliwiające wymianę handlową między Europą, a Afryką Północną – dlatego zyskało ono tytuł stolicy kultury arabsko-mauretańskiej. Przewodniki, a właściwie skromne wpisy encyklopedyczne, wspominają, że to jedno z najważniejszych miast Algierii pod względem zabytków historycznych. Trudno to ocenić zwyczajnemu turyście, ale na pewno zwraca tu uwagę osobliwa architektura – kompaktowy Tlemcen można porównać do hiszpańskiej Grenady.

Na jednodniowe zwiedzanie miasta przyjechałem z Oranu za namową wcześniej spotkanych osób. Z postoju taksówek do centrum miasta spacer zajął jakieś 10-15 minut. Atrakcje miasta znajdują się w bardzo różnych częściach miastach – bez mapy nawigować trzeba trochę po znakach drogowych, trochę intuicyjnie. Od samego początku, choć to ja szukam atrakcji turystycznych, po raz kolejny niebieskooki blondyn przyciąga uwagę mieszkańców.

W końcu zaczepia mnie student z Nigerii i wskazuje to, czego szukałem: cytadelę z przylegającym do niej pałacem El Mechouar. W cenie biletu zaproponowano mi zwiedzanie z przewodniczką – choć nie wiem, czy to stała usługa, czy trafiło mi się to przypadkowo. W samym pałacu można obejrzeć nie tylko odrestaurowane wnętrza, ale także wystawę strojów kobiecych z całej Algierii (nie sądziłem, że może to być aż tak ciekawe). Sama cytadela zaś jest raczej rozczarowująca – może dlatego, że wciąż trwają tu prace wykończeniowe. Pałac robi niesamowite wrażenie – przypomina mi nieco pałace Bey’a w Konstantynie i Oranie. Można by tu spędzić godziny, ale przewodniczka najwyraźniej ma inny pomysł: sugeruje, żebym obejrzał wielki meczet póki nie rozpoczęły się południowe modlitwy

Wybudowany w 1136 roku meczet Jamaa-el-Kebir jest faktycznie wielki, jednak co tak naprawdę zwraca uwagę, to ceglany 34-metrowy minaret. Tego dnia życie nie toczy się jednak w meczecie, ale w… hali targowej. Tu każdy sprzedawca nawołuje: „monsieur, photo”, po czym dumnie pozuje ze swoim towarem. W nagrodę za każdą mini-sesję dostaję mandarynki lub daktyle.

Zaraz potem trafiam na centralny plac miasto – to tu znajduje się najwięcej kawiarni i tawern, a nawet centrum informacji turystycznej – z tym tylko, że zamknięte na cztery spusty. Moja przewodniczka z pałacu – niczym anioł stróż – też tu się kreci. Postanawia w moim imieniu zadzwonić do pracownika informacji, czy ktoś tego dnia ostatecznie zjawi się w pracy, bo mają gościa z Polski, ale nawet po podaniu określonej godziny, w dalszym ciągu nikogo tam nie zastałem.

Otwarte okazało się natomiast Muzeum Historii Miasta, które na dwóch piętrach prezentuje historię Tlemcen. Największe wrażenie robią tu skrupulatnie wykonane makiety z różnych okresów rozwoju miasta. Informacji tu – tak jak w każdym wcześniej odwiedzanym w Tlemcen miejscu – jednak niewiele.

Przed powrotem do Oranu pozostaje jeszcze poszwędać się uliczkami medyny. Błądzenie wynagradza dotarcie do kolejnego muzeum. To dawna główna madrasa – teologiczna szkoła muzułmańska, która powstała w Tlemcen w 1850 roku. Ma na tyle efektowne wejście, że ciężko nie oprzeć się wejściu do wewnątrz. Dziś znajduje się tu muzeum z eklektyczną kolekcją dzieł sztuki i  znalezisk archeologicznych. Kierownik muzeum opowiada o obiekcie, po czym zaprasza na najlepszą w mieście… pizzę. Prawie klasyczne arabskie powitanie.