ZOO W ZOO

„ZOO w ZOO” – tak o ogrodzie zoologicznym w Kalkilji, zapomnianym mieście na Zachodnim Brzegu Jordanu, mówią Palestyńczycy. Miasto znajduje się na zachodnim krańcu Autonomii Palestyńskiej – wjazd z lub do Izraela przez pobliski checkpoint może zająć kwadrans, godzinę lub całą wieczność. Najlepiej wiedzą o tym Arabowie, którzy codziennie pokonują przejście w drodze z i do pracy. Kalkilja jest ewenementem nawet na skalę palestyńską, gdzie mur dzielący Autonomię od Izraela – choć szokujący – wrósł w codzienność. Ekstremum w tym przypadku polega na tym, że otacza on miasto z trzech stron – stąd porównanie miasta do klatki dla zwierząt, o którym pisałem na początku. Na szczęście droga do najbliższego większego miasta Autonomii – Nablusu – jest prosta i bezproblemowa, ale do wiosek wokół trzeba jechać trudnymi objazdami.

 


Nienaturalna historia zoo

Powód do wyprawy do Kalkilji może wydawać się błahy – wizyta w zoo. Ten  jedyny w swoim rodzaju ogród zoologiczny – z jednej strony nieco dziwaczny, a z drugiej – idylliczny, jest  wyrazem prawdziwej determinacji. „To, co zobaczysz może być przerażające” – słyszę, kiedy dzielę się moimi planami nowopoznanym przez Couchsurfing Palestyńczykiem. Co ma na myśli?
To jedyne zoo funkcjonujące w Palestynie. Założone zostało w 1986 roku – w zgromadzeniu zwierząt pomógł sąsiedni ogród zoologiczny z Izraela. Choć ponoć burmistrz Kalkilji kolaborował z Izraelczykami i dlatego udało się otworzyć park, przez lata stał się symbolem współpracy palestyńsko-izraelskiej. Gościł zresztą odwiedzających obu narodowości. Potem życie Palestyńczyków znacząco się zmieniło: pojawił się mur, a konflikt się zaostrzył. To wpłynęło na dalsze dzieje ogrodu.

W mediach zoo pojawiało się już tylko w negatywnym kontekście: w czasie intifady (powstania, którego rezultatem był m.in. zakaz wjazdu do miasta dla Izraleczyków) przed wejściem do zoo zostało zabite dziecko, a mieszkająca tu żyrafa były tak przerażona dźwiękami amunicji, że próbując uciekać, zabiła się uderzając w słup. To nie wszystko – niektóre zwierzęta pouciekały, a np. zebry nawdychały się gazu użytego przez wojsko do rozbicia protestantów z pobliskiej szkoły. Plaga nieszczęść nawiedza zoo do dzisiaj: w zeszłym roku niedźwiedź odgryzł rękę małemu chłopcu, który chciał go karmić; zwierzęta nie chcą się rozmnażać, a lwica, która co roku rodzi młode, od razu je zjada….

Dziś śladu nie ma też po wspomnianym misiu. Jedynie wypchany okaz (choć nie wiem, czy to ten sam osobnik) stoi w muzeum, gdzie psychodeliczne oświetlenie sprawia, że wszystko tu wygląda jak laboratorium doktora Frankensteina. Wystawę wypchanych zwierząt (które zginęły w czasie intifady), embrionów w słojach i zwierząt-mutantów można oglądać od 4 lat i jest to najbardziej surrealistyczne miejsce w całym kompleksie.


Efekt końcowy

Nie wiem, czy to kwestia ramadanu, upału, czy godziny, ale w ogrodzie zupełnie nie ma zwiedzających. Odpada kwestia biletu, bo bilet kosztuje mniej niż butelka wody. Ogród jest dobrze utrzymany, klatki ze zwierzętami (których jednak nie ma zbyt dużo – najbardziej towarzyskie są małpy) są czyste, a wszędzie dostępne jest darmowe wifi. Są tu budki z jedzeniem (choć w czasie mojej wizyty akurat zamknięte), spora strefa do wypoczynku, wypatrzyłem nawet basen (prawdopodobnie dla dzieci), jest też całe… wesołe miasteczko. Po tym zoo spodziewałem się czegoś gorszego! Oczywiście w oczy rzuca się to, że to zoo nie sprowadza do siebie żadnych nowych zwierząt – było to fizycznie niewykonalne, albo przynajmniej bardzo trudne i drogie. Koszt utrzymania całego parku wydaje się dość wysoki i jeśli pracownicy zoo improwizują i wykonują więcej niż jeden rodzaj pracy, efekt jest zaskakująco pozytywny.

PROŚBA O KOMENTARZ!

Podobał Ci się ten artykuł? Chcesz go uzupełnić o swoją wiedzę? Chcesz o coś zapytać? Pamiętaj o dodaniu komentarza poniżej! DZIĘKUJĘ!