Latem odbyłem wyprawę na pogranicza polskie-ukraińskie śladami pszczoły karpackiej. Region Bieszczadzkiego Narodowego w Polsce i obwód kosowski na Ukrainie to miejsca, w którym od wieków silne są tradycje pszczelarskie, jednak urbanizacja, zanieczyszczenie środowiska, stosowanie pestycydów  i mieszanie się ras sprawiły, że w ostatniej dekadzie gatunkowi zaczęło grozić wyginięcie. Znaleźli się jednak entuzjaści - lokalni pszczelarze, którzy zdecydowali się na odbudowę rodzin czystych "karpatek". Ale by było to możliwe, trzeba było rozlokować pasieki wysoko w górach, tam gdzie powietrze jest krystalicznie czyste, a zagrożenia dla rozpłodu minimalne. Gwarantuje to nie tylko odbudowę pszczelej populacji, ale też ponowne zainteresowanie pszczelarstwem, które wśród najmłodszych mieszkańców Karpat zdecydowanie osłabło. Bycie pszczelarzem to nie zabawa, ale ciężka praca, o czym przekonałem się zwiedzając polskie i ukraińskie pasieki.

W pierwszej kolejności odwiedziłem Lutowiska, wieś położoną 25 km na południe od Ustrzyk Dolnych, gdzie spotkałem się jedną z najważniejszych osób, jeśli chodzi o pszczelarstwo w regionie. Pan Jan Dygoń nie tylko od 50 lat prowadzi własną pasiekę, ale jest przewodniczącym lokalnego koła pszczelarzy. Wcale nie pałał miłością do pszczół od samego początku, choć pasieki prowadził i jego ojciec, i dziadek. Wręcz bał się owadów i nigdy nie sądził, że może zostać właścicielem pasieki. Dziś nawet nie potrzebuje dymu, ani stroju, żeby doglądać uli. Jest też dość cierpliwy - podczas naszego spotkania przyznał, że trzy razy odbudowywał swoją pasiekę - wszystko to w związku z atakami niedźwiedzi.
Ponadto w Bieszczadach swoje pasieki ma kilkudziesięciu pszczelarzy, do których - jak się sami chwalą - po miód przyjeżdżają turyści z całej Polski.

Na Ukrainie, w okolicach miejscowości Kosów poznałem kilku pszczelarzy. Aby się w ogóle tam dostać, najpierw pojechałem do Lwowa, gdzie niestety nie zdążyłem na pociąg do Iwano-Frankiwska. W związku z tym, zamiast dwóch godzin, podróż zajęła mi dwa razy tyle. Z Frankiwska do Kosowa to kolejne dwie godziny marszrutą.

Na pierwszy ogień poszła wieś Jaworów, gdzie pasiekę od ponad 20 lat prowadzi  pszczelarz Wasyl Samokiszczuk. "Wszystkie te ule są mojej produkcji. Czasem korzystam jednak z pomocy: Mychajło Burdyak, mistrz z sąsiedniej wioski, pomógł mi zrobić ule „babcia” i „dziadek” (ule-dziuple)".

Sztuki tworzenia takich pięknych karpackich uli młodzież uczy się zresztą już w szkole. Jednak coraz mniej osób decyduje się kultywować tradycyjne regionu. Dlaczego? Pracy przy pasiece jest bardzo dużo, a zysk ze sprzedaży produktów pszczelich nie jest ani szybki, ani spektakularny...

Bohdan Petryczuk, mieszkaniec wsi Babyn w powiecie kosowskim, kolekcjoner antyków, etnograf:
"Jesteśmy w wiosce Babyn. Stoi tu ul, który ma ponad 100 lat. Wykonał go Wasyl Petryczuk, znany pszczelarz z regionu huculskiego, który mieszkał w tej wsi. Jestem reprezentantem czwartego pokolenia, które przejęło pasiekę. Po renowacji, w tym roku po raz pierwszy próbuję wykorzystać ul zgodnie z jego przeznaczeniem.  Obecnie w ulu żyją 3 rodziny pszczół, ale w sumie jest tu miejsce nawet dla 12 rodzin".

Bohdan jest nie tylko początkującym pszczelarzem, ale kolekcjonerem sztuki Huculszczyzny. W jego posiadaniu są tradycyjne stroje, ceramika i biżuteria. Jego zbiory, upchane w niewielkim pokoiku, mogłyby śmiało stanowić kolekcję muzealną. Na potrzeby materiału, Bohdan ubrał mnie i siebie w oryginalne stroje.

Marija Karpjuk jest jedną z nielicznych kobiet w regionie Kosowo, która prowadzi własną pasiekę. Sama zaprojektowała i sfinansowała swoje ule, które oprócz praktycznej roli związanej z produkcją miodu, pełnią funkcję terapeutyczną. Przyjeżdżający na agroturystykę mogą spać w specjalnej chatce: materac leży wprost na pszczołach, ale oczywiście nie ma się bezpośredniej styczności z owadami. Efekty terapii, działającej głównie na problemy z kręgosłupem, są rzekomo widoczne już po kilku nocach takiego spania. Sam miałem okazję spędzić noc w takim ulu - największym walorem był dla mnie zapach, który towarzyszył spaniu przez całą noc. Miałem wrażenie, że śpię na łące pełnej kwiatów. W nocy pszczoły także śpią, więc nie słychać żadnego brzęczenia.

Witalij Andrjusak jest młodym pszczelarzem i entuzjastą pszczoły karpackiej pomagającym lokalnym pszczelarzom w budowie ich własnych kolonii czysto gatunkowej pszczoły karpackiej. Sam posiada swoją pasiekę, w której powstaje świetny miód: lipowy, rzepakowy i wielkokwiatowy. Witalij pozwolił mi zobaczyć, jak do uli wkłada specjalne ramki, w których pszczoły produkują złoty nektar.

"Nazywam się Mykoła Poliak, pochodzę z górskiej wioski Wielki Rożyn. Pszczelarstwem zajmuję się od ponad 10 lat, wspieram transgraniczny projekt związany z pszczołą karpacką. To bardzo spokojny gatunek. Jak widzisz, nie mam nawet specjalnego kombinezonu ochronnego".
"Od pszczół można nauczyć się porządku i skoordynowanej pracy: kolonia pszczół działa harmonijnie i produktywnie, ponieważ obowiązuje tu jasny podział ról i obowiązków".

"Dym uspokaja pszczoły: zamiast chronić swoje gniazdo, przygotowują się do ewakuacji myśląc, że w okolicy wybuchł pożar. Zbierają wtedy znacznie więcej miodu i nie są agresywne".

Wysoko w górach zobaczyłem, jak wygląda znakowanie królowej-matki oraz nauczyłem rozróżniać się ją od pszczół robotnic oraz trutni.

Nie zabrakło też czasu na spróbowanie huculskich przysmaków:
ryby z mamałygą, gulaszu i naparu z karpackich ziół.